sobota, 27 grudnia 2014

Święta, święta...

...i po świętach. Dużo szumu, trzy szybko mijające dni i już wszystko wróciło do normy.
No, może poza moimi rozmiarami, pewnie szlag trafił cały wysiłek z jesieni i wszystkie ujemne centymetry wróciły, ale nie rozpaczam aż tak, bo wszystko jest do odrobienia. Zwłaszcza jak patrzę na góry jedzenia pochłaniane przez jedną z sióstr to jakiś taki optymizm się we mnie tli...
Ale nie o jedzeniu dziś. Nawet nie o śniegu, który się spóźnił trochę i dopiero wczoraj sypnął porządnie, tak na zakończenie tych dni.
Wiecie, czego mi najbardziej brakowało przez te święta? Kolędników.
Pamiętam jeszcze kilka lat temu chodziłyśmy z dziewczynami po kolędzie. Dzień przed Wigilią z kukłą - grzesiem, śpiewając 'Przy dzisiejszy wiliji' (no, nie wiem jak to zapisać), a w drugi dzień świąt z gwiazdą, śpiewając tradycyjne kolędy i przebierając się.
Ile śmiechu zawsze było! To nic, że po sześciu godzinach chodzenia na drugi dzień nie mogłam się zwlec z łóżka, to nic, że nie mogłam prawie mówić.
Liczą się wspomnienia - chodzenie przez las nocą, kiedy stare telefony nazywane teraz cegłami nie dawały prawie w ogóle światła, a my nie miałyśmy latarki, włażenie w największe zaspy, żeby droga była krótsza, zgubiony but, czekanie na odbiór przez rodziców na stacji benzynowej i dziwne zachowanie kierowców tirów, bo każda z nas wsiadała do innego samochodu i im mniej nas zostawało tym oni byli bliżej i głośniej gwizdali...
Latające za nami psy, grzesiek, któremu zgubiłyśmy w lesie spodnie, bicie się gańcami na środku drogi po spotkaniu z innymi grupami kolędników, zjadanie kilku opakowań rodzynek czy orzeszków kupowanych razem z piwem, żeby się nie wydało w sklepie, że to piwo to dla nas, a nie jest tylko częścią 'zakupów na ostatnią chwilę'.
Starsze osoby, które uśmiechały się ciągnąc za ogon diabła czy dostające lekko gańcem 'na zdrowie w nowym roku'. Ciastka, paszteciki, drobniaki.
I przede wszystkim aktywne święta, a nie leżenie plackiem przed telewizorem.
A w tym roku? Ja nie mam już z kim chodzić, ekipa się wykruszyła, ktoś wyjechał, ktoś inny ma chłopaka z którym woli ten czas spędzić... Innym chyba też się nie chciało, bo jak co roku tych grup było kilka, tak w tym przed wigilią nie przyszedł nikt, a w drugi dzień świąt tylko jedna grupa. Szkoda, naprawdę. Zamiast zajmować się ściągniętym zza granicy Halloween lepiej byłoby sprawić, żeby nasza tradycja nie zniknęła.

Co teraz?
Sylwester. Tak wyczekiwany, bo to kolejne spotkanie, kolejny tydzień tylko dla siebie, kolejny krok w stronę marzeń o wspólnym życiu. Jednak mam wrażenie, że go zepsułam (a raczej pewnie dopiero zepsuję)...
Kolejny raz mnie to łapie, zawsze jak mamy gdzieś wyjść. Tak bardzo nie lubię, a jednocześnie wiem, że on by chciał, że tak rzadko wychodzi, bo ciągle pracuje, nawet w weekendy. Znów te idiotyczne myśli, że nie pasuję, nawet iść ze mną nigdzie nie może, bo przeważnie kończy się to jakąś sprzeczką i pewnie z kimś innym byłoby lepiej...
Wiem, że pewnie nie mam racji, a on ciągle powtarza mi, że przecież nie musimy nigdzie iść, bo jakby chciał to by poszedł, a nie czekał na mnie, ale i tak mi z tym źle... Kto by ogarnął blondynkę?



Jedna z moich ozdób.;-)

wtorek, 23 grudnia 2014

Opowieść wigilijna.

Ten post miał wyglądać zupełnie inaczej - tak, jak w opowiadaniu Karola Dickensa o tym samym tytule. Chciałam być takim duchem Jakuba Marleya, który przywołał by dla Was, choć z pewnością byliście grzeczniejsi od książkowego Ebenezera Scrooge'a, duchy dawnych, obecnych oraz przyszłych świąt Bożego Narodzenia.
Napisałam post, który prawdopodobnie pobił by rekord jeśli chodzi o objętość publikowanych tu przeze mnie tekstów. Cofnęłam się w czasie do momentów, których nie pamiętam i ratowały mnie zdjęcia, do chwil, które kojarzę jak przez mgłę, oraz do tych, które silnie zapadły w pamięć.
Równie wiele miejsca poświęciłam na opis świąt teraźniejszych. Nie tylko tegorocznych, bo przed kilkoma laty ta granica między świętowaniem dawnym a teraźniejszym zarysowała się dość mocno, więc uznałam, że można to tak podzielić.
Najkrótsza była część o przyszłych marzeniach... I ostatecznie tylko ona się tutaj pojawi.
Napisałam to chyba zbyt wcześnie. Przed dodaniem przeczytałam kilkanaście razy i chyba wpływ tych popularnych ostatnio Dobrych myśli sprawił, że postanowiłam wcisnąć magiczny klawisz delete oczyszczający otwarte okienko edytora ze złych wspomnień. 

Doszłam do wniosku, że w końcu są to (a przynajmniej być powinny) święta radosne, więc dlaczego mam tu marudzić, wypisywać dlaczego tak nie cierpię świąt i zamiast odliczać dni do ich rozpoczęcia czekam niecierpliwie na koniec tej szopki? Przecież to i tak nic by nie zmieniło, słowa pisane nie mają takiej mocy, nie ześlą mi świętego Mikołaja który wszystkim wkurzającym i czepialskim tyłki rózgami przetrzepie i zaprowadzi porządek dodając trochę świątecznej magii, która zaginęła gdzieś lata temu.
Trzecie święta odkąd jesteśmy razem i trzecie, które spędzimy osobno. Kolejne Boże Narodzenie bez mojej miłości, bez bliskości, bez możliwości złożenia życzeń patrząc w te niesamowite piwne oczy.
Odliczam dni do Sylwestra, naszego drugiego wspólnego. Jeszcze nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim, ale nawet jeśli zostaniemy w domu oglądając fimy to będzie cudownie, bo razem!
Czekam strasznie na ten 30 grudnia, na prawdopodobny wyjazd.
I czekam też na przyszłość...
Można puścić wodze fantazji, zamknąć oczy i przenieść się w czasie o kilka lat, do małego, przytulnego mieszkanka...
W pokoju mój Mężczyzna pilnujący maluchów czekających niecierpliwie aż włożę ciasto do piekarnika i przyjdę pomóc im ubierać choinkę. Wieszamy bombki i inne ozdoby, do tego pierniki, które wcześniej wspólnie ozdobiliśmy. Wysoko, żeby puchaty kicior, latający za turlającymi się po podłodze bombkami nie dobrał się później do tych smakowitych ciasteczek.
Gaśnie światło, a chwilę potem przystrojone drzewko zapala się dziesiątkami kolorowych światełek. Maluchom błyszczą oczy ze szczęścia, a ja w końcu mam swoje wymarzone święta.
Krótkie te marzenia, przyznaję, ale nie chcę nic więcej dopisywać. W końcu nieważne, co bym tu opisała - przygotowywanie kolacji, zabawę przy piernikach, wieczorny spacer wśród wirujących płatków śniegu... Najważniejsze, żeby to były wspólne święta, z osobą, czy osobami, które są całym światem, dla których warto żyć. Święta pełne miłości.
I tego również Wam chciałabym życzyć - świąt rodzinnych, ciepłych. Spędzonych z tymi najważniejszymi, którzy w pędzie życia i świątecznych przygotowań pozwolą zatrzymać się na chwilę i docenić to, co najważniejsze w życiu - miłość. Wesołych świąt!

sobota, 20 grudnia 2014

Nie tylko Grey.

Gdyby nie moja nauczycielka angielskiego z technikum pewnie nigdy nie sięgnęłabym po tego typu książkę. Ciekawość wzięła jednak górę i nie mogłam oprzeć się pokusie sprawdzenia, w czym zaczytuje się owa pani tak, że na próbnej maturze z angielskiego było jej wszystko jedno kto pisze, kto ściąga, kto rozmawia. Tak w moje ręce wpadła książka E.L. James 50 twarzy Greya i dwie kolejne części serii.
Historia dość banalna: młoda, nieśmiała dziewczyna poznaje czarującego milionera, który może mieć każdą dziewczynę, a interesuje się właśnie cichą Aną. Nie trzeba chyba dodawać, że ona jest w nim zakochana od pierwszego wejrzenia. Po wcale nie tak wielu perypetiach zostają parą, ona wychodzi za niego za mąż i żyją długo i szczęśliwie od czasu do czasu wychodząc w swojej miłości poza łóżko, do czerwonego pokoju bólu.
Wydawałoby się, że historia lekka i przyjemna, czyta się szybko, ale język jakim jest napisana - straszny. Pierwsze, co rzuca się w oczy to... przewracanie oczami. I ciągłe przygryzanie wargi przez przyszłą panią Grey. Szczerze mówiąc jedynym powodem dla którego poszłabym na film nakręcony na podstawie tej książki byłoby sprawdzenie jak reżyserowi udało się owo przewracanie i przygryzanie ukazać.
Mimo szczerych chęci objawiających się ciągłym przeciwstawianiem się Christianowi Anastasia jest bohaterką bez charakteru. W dodatku...łatwą. Długo szukałam odpowiedniego słowa, ale nie potrafię go niczym zastąpić. No bo jak nazwać kobietę, którą - cytując kolegę - wystarczy palcem tknąć a już rozpada się na milion kawałeczków w kolejnym wielkim orgazmie? Zero jakichkolwiek problemów (poza próbami przełamania się do zabaw w słynnym pokoju bólu). Po kilku sekundach jest już gotowa, rozpoczyna się zabawa, błyskawicznie dochodzą, oczywiście oboje razem. Sceny łóżkowe też z czasem stają się nudne, monotonne. Jedyne, co sprawia, że chce się doczytać do końca jest postać Christiana, męskiego, tajemniczego, a przy tym szalenie opiekuńczego, który dla swojej kobiety jest w stanie zrobić wszystko. Która nie chciałaby takiego bohatera? Niestety sam Grey i jego tajemnice z przeszłości nie są w stanie zrównoważyć masy minusów jakimi nafaszerowana jest powieść pani James.
Idąc tym lekko erotycznym tokiem myślenia sięgnęłam po kolejną książkę o tej tematyce - Na każde jego żądanie autorstwa Sary Fawkes. Mimo, że seria składa się z bodajże sześciu tomów, to udało mi się przebrnąć zaledwie przez jeden i to z wielkim trudem. Historia bardzo podobna do tej o Christianie i Anie. Jest bogaty, pociągający mężczyzna, jest szara myszka, którą on się interesuje, a ona oczywiście od razu poddaje się jego urokowi. Na tym (nie)stety podobieństwa się kończą. Mimo, że pani Fawkes bardziej przyłożyła się do języka, to jednak po lekkości czytania dobrze znanej mi z 50 twarzy Greya nie ma tutaj ani śladu. A główna bohaterka? Jeszcze gorsza niż Ana, jeszcze bardziej uległa. Podczas gdy pani Grey próbowała się jeszcze jakoś mężowi przeciwstawić, zrobić coś czasem na własną rękę, to Lucy zachowuje się jak sterowana przez swojego mężczyznę zabawka.
Zniechęcona kolejnym dość marnym tekstem odpuściłam sobie na jakiś czas tego typu książki, aż całkiem przypadkiem trafiłam na Zbudź się kochanie. Książka skusiła mnie bo znalazłam ją w dziale fantastyka - pomyślałam, że wszystkie erotyczne niedociągnięcia zatuszuje solidna porcja magii.
Poznajemy dwa małżeństwa. Pierwsze z nich, Elaine i Matthew żyjących w dwudziestym wieku. Ona, pragnąca gorącej fizycznej miłości, której upust musi dawać sama kiedy jej mąż smacznie śpi odmawiając zbliżenia zawsze z wyjątkiem środy. Drugie - Morrigan i Charles. Ona piękna, rok po ślubie jeszcze dziewica. On pragnący spełnienia ich związku i dzieci. Historia zaczyna się, kiedy w końcu Charles prawie siłą bierze to, co powinna dać mu jego żona. Po nocy poślubnej w ciele Morrigan budzi się Elaine i z przerażeniem próbuje dowiedzieć się, jakim cudem przeniosła się w czasie o kilka wieków i próbuje znaleźć sposób jak wrócić do swojego stulecia i swojego męża. Charles ma swoją dumę. Kusi cnotliwą żonę nie wiedząc, że w jej ciele znajduje się teraz zupełnie inna kobieta, która odpływa na samo wspomnienie krótkich chwil spędzonych z tym urzekającym mężczyzną. Gorące sceny erotyczne (nie tak monotonne jak u pani James!), sercowe rozterki Elaine, która odkrywa w Charlesie swojego wymarzonego partnera, a jednocześnie ucieka od zbliżenia z nim, gdyż czuje się jakby zdradzała swojego męża 'z poprzedniego życia' i historia Morrigan, która okazuje się być druidką zamieniającą ludzkie dusze i ciała, a nie świętoszkowatą dziewicą tworzą świetną całość.
I ta właśnie historia przywróciła mi wiarę w to, że jednak warto sięgnąć po książki o podobnej tematyce, bo nie są to tylko puste opowiastki. A że te puste opowiastki są bardziej znane... Najwyraźniej każdy człowiek potrzebuje czasem takiego odmóżdżacza. ;-)

środa, 17 grudnia 2014

Miłych wspomnień czar... ;-)

Niezbyt lubię tego typu posty - powtarzające się u wszystkich (Choć nawet LBA może być fajne jak dostaje się kreatywne pytania - i na szczęście do tej pory tylko takie dostawałam:), ale powiem Wam, że im więcej postów z serii Dobre myśli przeczytałam tym bardziej podoba mi się ta zabawa. Zwłaszcza, kiedy za oknem szaro buro, druga połówka nie dość, że dwieście kilometrów ode mnie to jeszcze kilkaset metrów pod ziemią...
Najpierw podpatrzyłam u Leny, potem jednak przyszły powrotowo - barbórkowe wpisy i... dopadła mnie nominacja od Selinze (której teraz nie umiem znaleźć:<), więc z jeszcze większą radością wytężam moją blond główkę cofając się w czasie i szukając tych miłych akcentów.



Wakacje 2005r.
Przyszła nagroda za napisane przeze mnie wypracowanie o ochronie przyrody. Wyróżnienie, a konkurs ogólnopolski! Cieszyłam się jak dziecko... Zaraz zaraz, przecież byłam dzieckiem. ;-)
Dostałam plecak, z którym długo chodziłam do szkoły i strasznie było mi smutno jak zakończył swój żywot, książkę, którą swego czasu na pamięć znałam, klocki lego, które uwielbiałam, kasety wideo, których nie obejrzałam nigdy, bo mieliśmy tylko odtwarzacz DVD. I dyplom, który wychowawczyni "pożyczyła" do skserowania i nigdy do mnie nie wrócił.

Wakacje 2008r.
Najlepsze wakacje w moim życiu, jeśli mamy na myśli wakacje jako wolne od szkoły. Długie wieczory na przystanku, muzyka, rozmowy o wszystkim i zwykłe wygłupy, oglądanie gwiazd leżąc na środku drogi za wsią. I 'Nagie anioły'.

Maj 2010r.
Tej nocy pewnie nigdy nie zapomnę, Pierwsza poważna rozmowa pewną osobą poznaną na czacie. Znaliśmy się dość długo przed tym, rok ponad, ale zawsze to były żarty, dogryzanie sobie. Mimo, że nie przetrwało 'internetowej próby czasu' i nie było nam dane do tej pory się spotkać, to wiem, że kiedy zamieszkam w końcu na Śląsku na niejedno piwo pójdziemy. ;) Wiele mu zawdzięczam, bo te rozmowy nie raz pomogły. I pomagają nadal, bo mimo, że nie jest to już taka relacja jak przez dwa lata od 2010, to jednak wciąż mamy dobry kontakt.

Czerwiec 2010r.
Kolejny czat GG, poznaję kolejnego Dobrego Duszka (ta, uśmieje się jak to przeczyta, Wredniak jeden ;P). Pamiętam jak dziś - używałam ciągle zdrobnienia jego imienia, którego nie lubi (i swoją drogą używam go do dziś, a on dalej nie lubi:D) i strasznie się wkurzał, potem jakoś rozmowa przeniosła się na numer prywatny. Pamiętam, że to było cztery dni przed moimi siedemnastymi urodzinami i jako, że barman, to obiecał mi drinka na urodziny, jak już będę pełnoletnia. Minęła osiemnastka, potem ostatnie naście, dwadzieścia, oczko nawet, a ja dalej tego drinka nie widziałam. :D Tak, jak owego pana, ale wiem, że mimo tego, że ostatnio mniej ze sobą gadamy (dobre sobie, mniej! w porównaniu do tego co było - prawie wcale), to się nie rozleci. Jedyna osoba poza K., której jestem stuprocentowo pewna. Wiem, że nawet jak byśmy pół roku nie gadali a w końcu się złapiemy i trafi na mój zły humor to będzie siedział i wkurzał, i dokuczał, aż wreszcie ten uśmiech wywoła. Tak, jak kiedyś potrafiliśmy siedzieć całe noce i poprawiać sobie humor kiedy tylko coś było źle.

październik 2010r.
Zakładam pierwszy blog, a właściwie fotoblog. Sweetaśne wpisy szesnastolatki i próby pisania poważnych notek... Do tego masa zdjęć, które do teraz uwielbiam robić. Strasznie żałuję, że ten serwis już nie istnieje i nie mam żadnych kopii wpisów... Ale to mają być dobre myśli, więc nie marudzę. ;-)

marzec 2011r.
Listonosz przynosi przesyłkę z moim aparatem. Czekałam na niego dość długo po kupieniu na allegro, bo facet od którego kupiłam robił jakieś cyrki, ale w końcu się udało, przyszedł, jest! I działa do tej pory.

listopad 2012r.
Przypadek (a może przeznaczenie?) sprawił, że trafiłam w pewnym miejscu na pewien profil. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że napisałam do kogoś pierwsza wiadomość i okazało się, że warto! Poznałam mężczyznę, który jest dla mnie idealny pod każdym względem. No dobra, ma wady, ale miłość jest ślepa. ;-)

sierpień 2013r.
Mimo, że nie było to nasze pierwsze spotkanie z K., to właśnie te sierpniowe dziesięć dni moim zdaniem najbardziej nas do siebie zbliżyło. Pierwsze takie poznawanie normalnego wspólnego życia - budzenie się z nim rano, żeby życzyć miłego dnia w pracy, czekanie aż z niej wróci... No i długie wieczory. ;-)

wrzesień 2013r.
Odbieram wyniki z egzaminu zawodowego... Zdane! Od pierwszego września mogę się nazywać technikiem informatykiem o specjalizacji administrator sieciowych systemów operacyjnych. :D Sukces. ;-)

grudzień 2013r.
Pierwsza Barbórka. Iść z moim Górnikiem ubranym w mundur na mszę, coś pięknego! Teraz już pewnie każda będzie wspólna, ale tej pierwszej nie zapomnę nigdy, zawsze będzie wyjątkowa!


październik 2014r.
Chyba wszystko zaczęło się układać, przynajmniej w części. Cały rok czekałam na jego urlop, na dzień w którym znów do mnie przyjedzie, a nie znów ja do niego, i jednocześnie strasznie się bałam... Okazało się, że niepotrzebnie.

piątek, 12 grudnia 2014

Na Guido po raz drugi.

Dziwne to całe blogowanie. Czasem jest tak, że siedzę nad kartką/notatnikiem i w jeden wieczór powstaje kilka notek czekających potem na dodanie, a kiedy chcę napisać notkę na jakiś temat na już siedzę, siedzę i nie pojawiają się żadne nowe słowa.
Nie wiem nawet, od czego zacząć.
Może od tego, że była to już druga nasza wycieczka w to miejsce?
Pierwsza, w zeszłym roku również miała być barbórkowa, jednak telefon z kopalni pokrzyżował nasze plany, bo K. spędził sobotę w pracy.
Zaskoczył mnie kilka tygodni później, kiedy dwa dni po Nowym Roku zabrał mnie na tę wycieczkę.
Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć mniej więcej jak wygląda jego praca. Mniej więcej, bo tylko część z urządzeń tam prezentowanych jest używana w górnictwie do dziś, poza tym wszędzie jest dość jasno, a po krótkiej prezentacji przy zgaszonym świetle wiem, że to naprawdę bardzo wiele zmienia.
Drugi zjazd był równie udany jak pierwszy, mimo, że pamiętałam wiele, to przewodnik by inny i zwiedziliśmy też kilka miejsc, do których nie zaprowadzili nas poprzednim razem.
No, ale dość gadania, bo i tak nie dam rady tego opisać tak, jak bym chciała. Zastanawiałam się nie raz, czemu tak mało zdjęć pojawia się u mnie na blogu, skoro tak lubię je robić. Dziś w końcu okazja na pokazanie większej ich ilości, więc zapraszam do oglądania! W fotorelacji znajdują się zdjęcia z obu wycieczek.
 
Zwiedzanie zaczyna się na powierzchni, na własną rękę, bez przewodnika, ale ja na szczęście miałam swojego osobistego, który mi wszystko dokładnie wytłumaczył. A na zdjęciu maszyna, której kierowcą bywa. Jakiś czas temu codziennie, teraz sporadycznie, ale i tak dokładnie wytłumaczył mi co co czego służy. :)
 
A jak nie prowadzi, to sobie jeździ w takich oto wagonach.:)


Wieża szybowa i koło wyciągowe? Zapomniałam jak się nazywa, w każdym razie wysoko na wieży widać jego fragment. Początek wycieczki, wchodzimy do szoli....
I niestety nie mam stamtąd żadnych zdjęć.
 



Poziom pierwszy, 170m, to głównie eksponaty w gablotach. Można tu znaleźć wszystko, od kamieni, przez odciski liści znalezione pod ziemią, lampy, aparaty tlenowe, na mundurze górniczym skończywszy.



 

Poziom drugi, 320m.
 
Ołtarz św. Barbary na poziomie 320. Szczerze podziwiam jej kult, mało która patronka w dzisiejszych czasach jest tak czczona. Każda grupa zawodowa ma swojego partona, ale szczerze mówiąc poza górnictwem niewielu ich znamy, prawda? Ilu wymienimy? Kierowców, strażaków, i u mnie na tym koniec. Świętą Barbarę znają nawet dzieci, i to nie tylko śląskie. Oby to się nie zmieniało z biegiem czasu, bo to naprawdę piękna tradycja!
 




Strasznie mi się podobają takie widoki, zwłaszcza czarno - białe. Co chwila musiałam przystanąć, odwrócić się i zrobić zdjęcie. Pewnie dlatego zawsze szliśmy na końcu, żeby mi żadne ludziki w kard nie wchodziły. ;-)
 
A to znacie bardzo dobrze, bo prawie od początku to zdjęcie jest moim tłem na blogu. Kolejka którą jechaliśmy. Kołysze!:P
 
Biedne konie, które w kopalni pracowały. Choć z tego, co mówili przewodnicy miały tam bardzo dobre warunki... Teraz w kilku miejscach ustawione są ich figury. Niektóre rżą!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jestem i ja!

Cała historia zaczęła się w zeszły poniedziałek. Myliłam się pisząc tutaj, że pewnie będę gdzieś w okolicach Krakowa kiedy blogspotowy automat doda. Do Krakowa jeszcze spory kawałek był, bo pierwszy bus spóźnił się potwornie. Na początku myślałam, że przez wizytę w sklepie go przegapiłam (choć byłam na dworcu piętnaście minut przed czasem), ale wkrótce podeszła do mnie jakaś kobieta i spytała, czy też czekam na bus do Krakowa. I tak czekałyśmy razem, zastanawiając się, czy przyjedzie, czy jednak w ogóle nie. Pocieszający był fakt, że nie wiało aż tak strasznie.
Pojawił się wreszcie, zmarzniętymi paluchami podałam drobne i odebrałam bilet. Najgorsze już za mną, pomyślałam, bo właśnie do Krakowa dostać się ode mnie najtrudniej.
Siedziałam nerwowo z telefonem w łapie, bo choć do przesiadki na Katowice miałam niecałe pół godziny, to jednak przez wcześniejsze spóźnienie minuty uciekały niepokojąco szybko. Widziałam już z daleka budynek dworca głównego. Zdążę, ucieszyłam się. Założyłam czapkę, schyliłam głowę żeby zasunąć kurtkę i...kiedy podniosłam głowę okazało się, że właśnie podczas wjazdu na płytę dworca minęliśmy się z wyjeżdżającym busem do Katowic.
Zrezygnowana podeszłam do stanowiska z którego odjechał mając nadzieję że znajdę tam jakiś rozkład. I znalazłam informację, która mnie strasznie ucieszyła - te busy odjeżdżają co piętnaście minut! Ledwo się odwróciłam już podjechał kolejny, a wsiadała do niego również... kobieta z którą czekałam na pierwszy bus.
W tym już o wiele luźniej. Można zdjąć kurtkę i zabrać się za czytanie Ze starego pamiętnika - jedynej gazety jaką udało mi się dorwać. Czemu teraz wszystko jest o tych pseudo gwiazdkach?
Zleciało szybko. Nie zwracałam uwagi na to, gdzie jesteśmy, bo już tyle razy byłam na dworcu PKS w Katowicach, że z łatwością zorientowałabym się kiedy trzeba się zbierać do wysiadania. Niestety kierowca mnie zaskoczył, podjechał na plac Andrzeja tuż obok dworca PKP i trzeba było wysiadać, w rozpiętej kurtce, z rozsuniętym plecakiem w jednej, a czapką i gazetą w drugiej ręce. Na szczęście do pociągu było sporo czasu, więc udało mi się szybko ogarnąć, kupić bilet i znaleźć odpowiedni peron, a z tej drugiej strony gdzie nigdy nie byłam miałam z tym mały problem.
Chwała temu, kto wymyślił mapy tras wyświetlane w pociągach, jakby nie one, to pewnie przegapiłabym swój przystanek, bo tak się zagadałam. Udało się wysiąść, znaleźć dworzec autobusowy i przystanek z którego odjeżdżał ten, do którego miałam wsiąść. Bałam się, że przez te wszystkie opóźnienia nie zdążę i będę musiała czekać na kolejny, a tutaj byłam jeszcze kilka minut przed czasem.
Czekałam z niecierpliwością na przystanek pod kopalnią, gdzie mój K. miał dołączyć do mnie po pracy, ale niestety było tyle ludzi, że przywitać mogliśmy się dopiero kilkanaście minut później, na przystanku. Najdłuższe minuty w moim życiu! Niby to tylko miesiąc minął, a czułam się jak byśmy nie widzieli się dużo dłużej. Wreszcie można było się przytulić, ochrzanić go że znów pali (:D) i iść do domu trzymając się za ręce.
To niesamowite, że wystarczy usiąść z Nim przed telewizorem, nawet nie zwracając uwagi na to, co właśnie leci, przytulić się mocno i już człowieka ogarnia taki spokój, jakiego nie czuł od ostatniej wspólnej chwili. Jedno bijące serce, a tyle magii!
Nie sposób opisać wszystkiego, co działo się przez ten tydzień. Noce spacery przez cmentarz i na pyszny kebab (a miałam nie jeść niezdrowego!) Barbórka (z której już się robi osobna notka na następny raz), zajmowanie się biednym kiciem po zabiegu, zabawa z nim i nowe ślady na dłoniach po jego pazurkach, Mikołaj, który obdarował mnie kolejnym reniferem (łosiem?) do kolekcji, misiem w kulce ze śniegiem z której cieszyłam się jak dziecko i cukierkami, bo mój prywatny święty z brodą dba o to, żebym za bardzo z ograniczeniem słodkiego nie przesadziła.
Znów poznanych kilka nowych osób. Przyznaję, nie było tak strasznie jak się spodziewałam, ale to nie zmienia faktu, że dalej nie lubię takich spotkań z kimś, kogo nie znam. Cóż, może kiedyś mi minie?
Niestety te dni minęły jak zawsze zbyt szybko. K. musiał wracać do pracy, a ja do domu. Znów łzy przy pożegnaniu, choć to tylko trzy tygodnie i zobaczymy się znów, prawdopodobnie na dużo dłużej niż teraz, bo brakło nam czasu na latanie z podaniami i trzeba się tym obowiązkowo zająć następnym razem.
Nie lubię się z nim rozstawać. Wydawać by się mogło, że po tych dwóch latach powinnam być jako tako przyzwyczajona do tęsknoty, a jeśli nie do niej, to choć do pożegnań. Fakt, nie rozpaczam jak niektóre dziewczyny z notkach które czytam, że dwa dni czy tydzień się nie widzieli i już usycha z tęsknoty, ale zaczyna mi to coraz bardziej doskwierać. Poznaję coraz więcej wspólnego życia i przyzwyczajam się do chwil spędzonych razem zamiast oswajać się z jego nieobecnością.
Wróciłam do domu w złym humorze, chciałam go sobie poprawić przeglądając zdjęcia z wyjazdu i dopiero wtedy zostałam łaskawie poinformowana, że laptop nie działa. Podobno nikt nic nie robił, poza graniem i przeglądaniem Internetu, ale BSOD jak byk pokazuje błąd najnowszej instalacji.
Wszystko skończyło się wgraniem nowego systemu, dobrze, że grzeczną uczennicą byłam i przypomniało mi się, że można to zrobić bez formatowania partycji. Przezornie zgrałam wszystko co potrzebne, ale na szczęście nie zniknęło nic poza sterownikami i starym systemem oczywiście, więc mamy sukces!
Po powrocie okazało się też, że blogspot na telefonie jakoś inaczej mi działa. Nie patrzyłam dokładnie co i jak bo akurat padła bateria a nie chcę ruszać telefonu kiedy się ładuje bo i tak bolec dziwnie wykrzywiony nie wiadomo czemu, więc nie wiem jak to dokładnie jest, ale po próbie zalogowania się nie wyskoczył błąd tylko normalny pulpit nawigacyjny bloggera! Mam nadzieję, że teraz i na telefonie będę mogła komentować z konta Google, no i że wreszcie będę miała dostęp do listy obserwowanych. 

Oby nie okazało się, że nadzieja matką głupich!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wyczekiwane dni.

Lubię grudzień. Koniec starego roku przynosi ze sobą podsumowanie mijających dwunastu miesięcy, pewne refleksje, a także plany i oczekiwania na kolejny, nadchodzący rok.
Poza tym grudzień dla Nas to miesiąc dwóch pewnych spotkań, barbórkowego i sylwestrowego. Tylko trzy samotne tygodnie między nimi, bajka!
Jutro pierwszy dzień miesiąca, wyjazd.
Kilka godzin z busach, pociągu, autobusie, jeszcze więcej minut minie niestety czekając na przesiadki, ale warto przeżyć te siedem godzin żeby spędzić razem magiczne dni.
Trzecia Barbórka od kiedy jesteśmy razem, druga, którą spędzimy wspólnie, choć i w tym pierwszym, 2012 roku w jakimś sensie byliśmy blisko siebie, choć nie fizycznie.
O tym święcie górników na pewno powstanie osobna notka po powrocie, bo kult świętej Barbary jest dla mnie czymś niesamowitym, poza tym chciałabym dodać do tego barbórkowego posta jakieś zdjęcia. A barbórkowa atmosfera na mszy, orkiestra górnicza i K. w mundurze... coś niezwykłego!
Nasz kolejny wspólny tydzień to również Mikołajki. W dzieciństwie je lubiłam, potem ta sympatia jakoś zniknęła, a teraz pojawia się znów wraz z tą kochaną osobą u boku. Ale muszę pamiętać, żeby szóstego grudnia nie wypuszczać go ani na chwilę z mieszkania, żeby nie było tak, jak rok temu - wyszedł na moment do sklepu, po piwo, a wrócił z...łosiem wypchanym cukierkami z galaretką. I jeszcze nie chciał zjeść ani jednego tłumacząc się, że galaretki nie lubi. W cycki nie poszło, wiadomo... Takiego mam wrednego faceta! :D


Uciekam, prawdopodobnie do niedzieli, może poniedziałku, bo nie wiem czy po powrocie od razu będę coś pisać... Ten post będzie dodany automatycznie, jak będę gdzieś tam w drodze, prawdopodobnie w okolicach Krakowa, bo niestety mój telefon w ogóle współpracować z blogspotem nie chce, o ile komentować przez nazwa/adres strony mogę, to zalogowanie się na profil bloggera graniczy z cudem, więc odpowiedzi na Wasze komentarze i czytanie Waszych wpisów zostawię sobie chyba na czas po powrocie.
No, chyba, że u K. tutaj wejdę, w końcu wydaje mi się, że już na tyle przywiązałam się do prowadzenia tego bloga, że mogę mu go pokazać. Wcześniej nie chciałam, bo jakby mi po kilku postach przeszły chęci na pisanie tutaj, to nie ma co zamieszania robić. A teraz już się zadomowiłam i chcę żeby o nim wiedział. :-)







Tak więc życzę wszystkim spotkania z jakimś wesołym Mikołajem, radości z mikołajkowych prezentów i śniegu! Ja na niego strasznie czekam, na Barbórkę musi być!:)
Do napisania!;-)

czwartek, 27 listopada 2014

Telewizja - wróg!

I nie chodzi tu wcale o różne dziwne historie z politykami w roli głównej, krzyczącymi niczym ksiądz z ambony w niedzielę, że wybory sfałszowali, czy temat biednego Kubusia Puchatka, u którego brak spodni nasuwa pytanie: czy to na pewno Puchatek, a nie Puchatka? Myślałam, że po sławnej historii z oślą parą w zoo i jeszcze sławniejszą aferą o teletubisia z czerwoną torebką nic głupszego nie da się wymyślić... Ale jak widać wszystko jeszcze przed nami.
Nie chodzi również o te tak popularne ostatnimi czasy paradokumenty, które są emitowane już chyba na wszystkich kanałach. Te same dziwne historie, ci sami bohaterowie... Ale widać ktoś to ogląda, skoro powstaje tych programów coraz więcej.
Reklamy też nie są aż tak szkodliwe w porównaniu z tym, o czym chcę pisać. Wiadomo, że ogłupiają w jakiś tam sposób, sprawiają, że sięgamy po niepotrzebne nam produkty, wciskają drogie, markowe rzeczy mimo, że tańszy zamiennik wcale nie jest gorszej jakości...

O co więc chodzi?
U mnie w domu telewizor mógłby chodzić na okrągło. Przed południem jeszcze jako taki spokój, bo przy zwierzętach robią, obiad trzeba, sprzątnąć trochę. Zaczyna się, kiedy siostra wraca ze szkoły. Nakłada obiad i tradycyjnie włącza telewizor. Nieważne, co leci. Nieważne, że nawet nie patrzy w ekran, włączyć musi.
Potem już tak do wieczora, głupoty jakieś: paradokumenty, powtórki seriali, które leciały już sto razy a i tak musi "obejrzeć" sto pierwszy. W najgorszym wypadku pseudo muzyka z pewnego kanału ogólnodostępnego w telewizji naziemnej... Ja wiem, że każdy sobie chce czasem muzyki posłuchać, ale MUZYKI, a nie ciągłego łup łup, pseudo gwiazdek jednego przeboju które zaistniały... cyckami w teledysku.
Jak siedzą w pokoju (siostry) to jeszcze pół biedy, czasem pójdą gdzieś na godzinę, półtorej...a po powrocie z pretensjami, bo ktoś się ośmielił wyłączyć odbiornik, a przecież one to oglądają!
Przychodzi wieczór...
Kto by sobie nie chciał obejrzeć wieczorem czegoś fajnego, zwłaszcza jakiegoś ciekawego filmu dokumentalnego z wątkiem historycznym? Na takich to nawet ja nie śpię!
Ale gdzie tam, znów seriale, te same, które będą lecieć na drugi dzień po południu. Potem kolejne odmóżdżacze, oczywiście powtórki. I tak mija czas. Około północy telewizor wreszcie gaśnie. W duchu dziękuję temu, kto wymyślił ten bajer, że po braku aktywności trwającym godzinę sam wyłączy się.
Wreszcie można się wygodnie ułożyć, w ciszy i bez migających po ścianach cieni. Sen przychodzi szybko.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby otwierając zaspane oczy nie widzieć na wyświetlaczu komórki godziny 4:22. Nie wiadomo co się dzieje, dopiero po chwili do świadomości dociera, że jest bardzo wcześnie rano, a telewizor... znów włączony. Na jakiś paradokument o pracy strażaków, czy coś... Zbyt wcześnie, żeby to ogarnąć.
Po kilku minutach daje się słyszeć chrapanie... Wychodzę więc po cichu z łóżka, na paluszkach zbliżam się do śpiącego widza, ale nigdzie nie dostrzegam pilota. Macam pod poduszką, pod łóżkiem, pod kołdrą też żadnych zarysów poszukiwanego przedmiotu nie widać. Pozostają dwie opcje, albo skorzystać z magicznego wielkiego wyłącznika na odbiorniku, albo wrócić do łóżka i próbować zasnąć. Pierwszą od razu odrzucam, wyłączany tym przyciskiem telewizor wydaje głośny dźwięk, który zaraz śpiącego widza obudzi, i znów będzie marudzenie, że przecież przy telewizorze lepiej się zasypia. Wślizguję się więc pod kołdrę, którą naciągam na głowę, przynajmniej ciemno jest.
Piszę jeszcze SMS'a do K., nic wielkiego, zwyczajne miłego dnia, ale pamiętam jak na początku naszego związku pisaliśmy takie wiadomości codziennie, ile dawały radości, a teraz nie ma już takiej możliwości, bo na dół telefonu nie zabiera, a nawet, gdyby zabierał, to kto mu włączy zasięg te 800m pod ziemią?
Ze spania nici, chwała temu, kto wymyślił czytniki e-booków w telefonie. Choć i tak nie wiem za bardzo, o czym czytałam, zbyt wcześnie żeby ogarnąć jako takie myślenie.
Chwilę później dzwoni budzik, niemożliwe jak szybko zleciała ta godzina. Teraz wiem, że już na pewno nie zasnę, znam zbyt dobrze ten schemat: najpierw budzik, który obudzi albo i nie, może i pół godziny dzwonić, a potem wszystko biegiem. Kawa, radio, szykowanie się do szkoły, samochód pod oknem. Dopiero po siódmej wszyscy wychodzą, robi się cicho. Ostatnia szansa żeby wyrwać choć trochę snu.
Przed dziewiątą ktoś łapie mnie za kostkę, potrząsa. Otwieram zaspane oczy i słyszę: a Ty co tak długo śpisz? Z kuchni odpowiedź: jak siedzi nad głupotami przez pół nocy, to nie ma co się dziwić.
I trzeba wstać.
Tak, ja siedzę nad głupotami. Wiele bym dała, żeby nie siedzieć, uwierzcie. Żeby położyć się tak jak K., po 21, wstać wcześnie rano i witać kolejny dzień bez bólu głowy, a już nie pamiętam kiedy udało mi się obudzić rano i go nie czuć.

poniedziałek, 24 listopada 2014

LBA #2 ; LBA #3.

Jakiś czas temu (dobre sobie, ponad miesiąc temu!) zostałam nominowana do LBA przez bloga egzystencjalizm.bloog.pl. Odpowiedziałam na pytania, dodałam sobie kopie roboczą a potem...kompletnie mi się o niej zapomniało, za co bardzo przepraszam!
Dopiero ostatnia nominacja od Sabiny (mamakluseczki.blogspot.com) przypomniała mi, że mam tutaj już taki post do dodania, więc czym prędzej zabieram się do dopisania kolejnych odpowiedzi i publikacji!:)


Pytania od egzystencjalizm.bloog.pl:

1. Co najbardziej podoba ci się w prowadzeniu bloga?
Możliwość wypisania tego, co siedzi w środku. Znajomym nie zawsze można powiedzieć wszystko to, co by się chciało, na fotoblogu nie ma sensu pisać, bo tam i tak nie czyta tego prawie nikt. Tutaj można napisać wszystko, radości, smutki, wyrazić swoje zdanie na jakiś temat, podyskutować o tym z innymi. Poza tym blogowanie to również forma pamiętnika, a te prowadzone online są w moim przypadku dużo trwalsze niż papierowe, chowane pod materacem.

2. Co sądzisz o introwertykach?
Nie oceniam ludzi według takich kryteriów. Wiadomo, każdy jest inny, więc wrzucać wszystkich do jednego worka patrząc tylko na jedną cechę czy zbiór cech byłoby wielką niesprawiedliwością.

3. Do czego porównujesz miłość?
Moim zdaniem nie da się jej do niczego porównać. Dwie połówki jabłka, płomień świecy czy rozerwana na pół dusza są moim zdaniem zbyt banalne. I co bym innego nie wymyśliła to też będzie banalne. Dla mnie nie ma ani definicji miłości, ani jej porównań. To się po prostu czuje, patrzysz na drugą osobę i wiesz, że to na pewno to.

4. Jaki jest Twój największy sukces w życiu?

Mogłabym napisać, że cudowny Mężczyzna, ale to dzięki jego uporowi jesteśmy razem, więc to nie mój sukces. Matura? Niby te procenty powędrowały w okolice dziewięćdziesięciu, ale co z tego, skoro i tak nie mogłam iść na studia, a jeśli kiedyś jeszcze zacznę studiować, to na pewno zaocznie i wyniki się praktycznie liczyć nie będą. Egzamin zawodowy? Fakt, tu można pomyśleć o sukcesie, bo patrząc na zaangażowanie nauczyciela z głównego przedmiotu przygotowującego do egzaminu jakim były Zajęcia Specjalizacyjne mogłoby być źle. jest też kilka wygranych konkursów, ale to również nic szczególnego. Wygląda na to, że wszystko jeszcze przede mną. ;-)

5. Jakie masz priorytety?
Wszystko ma swoje priorytety, niestety
Wszystko ma swoje wady, zalety...
Nie wiem dlaczego, ale zawsze na myśl przychodzi mi ten utwór Paktofoniki. A te moje? Chyba te z punktu nr 8.

6. Jaką wartość w życiu cenisz sobie najbardziej?
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy to szczerość. W końcu niczego nie można budować na kłamstwie, rodziny, miłości, przyjaźni. Oszustwo prędzej czy później wyjdzie na światło dzienne i wtedy wszystko może runąć w jednej chwili, dlatego uważam, że lepsza najgorsza prawda niż jakiekolwiek kłamstwo.

7. Czy jesteś krytyczna wobec siebie? Jeżeli tak, to dlaczego?

Bardzo, a nawet więcej niż bardzo. Dlaczego? Żeby nie siąść na laurach. W końcu jeśli teraz robię coś dobrze, to mogę robić to coraz lepiej, dążyć do jakiegoś ideału. Choć nie jest to jakieś przesadne, za wszelką cenę.

8. Czego brakuje ci w życiu?
Nie jest to nic wyszukanego: wspólnego mieszkania z moim Mężczyzną, pracy, kiedyś dzieci... Wszystko do zrealizowania w najbliższym czasie. No, może poza ostatnim, bo to dopiero za kilka lat. ;-)

9. Co sądzisz o dzisiejszych kobietach?

Nie chciałabym uogólniać, więc zacznijmy od tego, że jak zawsze - są te dobre i te złe.
Złe? Wszystkie te, którym bardziej zależy na grubości portfela mężczyzny niż na jego charakterze. Te, które świecą tyłkiem, wydekoltowane - zamiast zostawić wszystko to dla tego jednego wyjątkowego. Przecież można się ubrać kobieco bez pokazywania prawie wszystkiego. Te, które zdradzają, kłamią, sprzedają swoje ciało za pieniądze mimo, że mają za co żyć. To pytanie to temat na długą notkę. A te dobre? Przeciwieństwa, i tych kobiet powinno być jak najwięcej. Może i kiedyś było tak samo, ale nie było to aż tak widoczne. Teraz wszystkie fejsbuki, fotki, instagramy i nie wiadomo co jeszcze...profil za profilem i cycki, wyzywające pozy, miniówki odsłaniające tyłki... Fu!

10. Gdzie czujesz się najlepiej?
Przy moim Mężczyźnie. Nieważne gdzie, czy na spacerze, czy w domu przed telewizorem, przy nim jest najlepiej.

11. Jakie było twoje dzieciństwo?

Szczęśliwe, mimo wszystko. Przypominając sobie te wszystkie zabawy, układanie puzzli, klocków lego, kinder niespodzianki po niedzielnej mszy, siedzenie na młynku... Wszystko było pięknie, do czasu.



I pytania Sabiny:

1. Z czym kojarzą Ci się Włochy?
Przede wszystkim chyba z piłką. Może nie jestem jakoś specjalnie nastawiona na kibicowanie włoskim drużynom, ale bardzo często pojawiają się w najlepszych rozgrywkach. No i pamiętam z pierwszych lekcji z mapami jak nauczycielka zawsze mówiła, że Włochy najprościej na mapie znaleźć, bo to ten but na obcasie co piłkę kopie. :D
Poza tym oczywiście z jedzeniem! Z pizzą którą uwielbiam w każdej odsłonie (poza tą z owocami morza) i spaghetti na czele.
No i nie mogłam tego nie napisać - z surowym makaronem jaki musieliśmy! jeść na dniu europejskim w podstawówce. Do dziś pamiętam i prawdopodobnie przez to nie lubię makaronu al dente.

2.Książka, którą bez wahania polecasz?
Tandaradei! Sapkowskiego. Niby tylko krótkie opowiadanie, ale warto.  Nie będę pisać o czym, bo pewnie streściłabym całość, łącznie z zakończeniem. :P

3.Czy oglądasz telenowele - jeśli tak, to jakie?

Żebym z zaciekawieniem śledziła losy bohaterów to powiedzieć nie mogę, jednak z racji telewizora w pokoju przeważnie wiem co się dzieje w M jak miłość, Barwach szczęścia czy Na dobre i na złe. Słucham jednym uchem, bo oczy i drugie ucho mam zawsze zajęte czymś, co lubię, ale jednak coś tam do mnie dociera.

4.Co sądzisz na temat stylizowania maluchów?

Raczej nie popieram. Wiadomo, że są jakieś bale małych przebierańców w przedszkolach/szkołach, sesje zdjęciowe, filmiki, albo można zwyczajnie dziecko od tak ubrać w coś innego niż zwykle, żeby miało frajdę i mogło się poprzeglądać w lustrze (u nas po mieszkaniu pewnie będą czasem latać takie urocze małe rockowe księżniczki:D) ale jak widzę te wszystkie konkursy piękności dla maluchów czy dzieci ubierane tak na co dzień - stanowcze nie.

5.Ulubiony aktor i film?
Nie da się wybrać jednego, nie sposób też wymienić wszystkich.
Tato i Sara, co za tym idzie Linda! G.I. Jane z Demi Moore, Michaele Rodriguez też lubię, Wenta Millera, czy nieżyjącego już niestety Robina Williamsa.

6.Celebryta, którego nie znosisz i dlaczego?

W tej kwestii Doda chyba na długo pozostanie numerem jeden, mimo, że już od jakiegoś czasu nie słychać o niej za wiele. Dziewczyna ma fenomenalny głos z którym mogłaby zrobić prawdziwą karierę, a nie zdobyć pseudo sławę śpiewając kiczowate teksty i pokazując się z lizakiem w dość jednoznacznym kształcie.

7.Ideał mężczyzny (lub kobiety) to?
Przy mężczyźnie zostańmy - mój Górnik! :D 

A jeśli chodzi o kogoś popularnego, to hm... Zdjęcia Kita Haringtona uwielbiam oglądać, lubię Podolskiego (również dlatego, że mamy tę samą datę urodzenia :D), a w Lindzie się zakochałam po filmie 'Tato', choć zawsze jak leci jakiś film z nim to nie ma opcji żeby ktoś zabrał pilot. :D

8.Mega popularny blog który czytasz?

Nie znam się na tym. :P Kiedyś czytałam blog Artura Andrusa (którego uwielbiam!), ale niestety jakiś czas temu przestał publikować. :(

9.Co sądzisz o portalach społecznościowych?
Mam facebooka, ale nie jest mi on niezbędny do życia. Szczerze mówiąc wchodzę tam tylko i wyłącznie sprawdzić posty w grupach do których należę (książkowe, konkursowe, kulinarne, blogowe również). Mogłabym nie wchodzić i nie rozpaczać z powodu braku kontaktu ze światem.

10.Jakie pobudki skłoniłyby Cię do emigracji?
Pewnie pieniądze. Albo miłość. Wiem, powinno być w odwrotnej kolejności, ale miłość już mam i ona na szczęście za granicę się nie wybiera. A pieniądze właśnie mogą być problemem. Zwłaszcza jeśli marzy się o gromadce dzieci i domku z ogródkiem. ;-)

11.Piosenkarz, piosenkarka, zespół - jaka muzyka Ci w duszy gra?
Ciężko wskazać jedno. Słucham wszystkiego poza disco polo i trance/dance. Najczęściej? Coma, Iron Maiden, Paktofonika, Dżem, Green Day.


Zwyczajem zapoczątkowanym w pierwszym poście z tej serii nie nominuję nikogo, za to zapraszam do przejrzenia blogów nominujących, podanych w notce.:)

czwartek, 20 listopada 2014

Czy to w ogóle ma sens?

Słyszycie: związek na odległość.
Myślicie: to długo nie potrwa.
Nie mówcie, że nie, też tak kiedyś myślałam, bardzo dobrze wiem, jak jest. Myślałam tak zanim go poznałam, myślałam tak również na początku istnienia tego, co on nazywał od pierwszych dni związkiem, a ja zwyczajnie się tego określania bałam.
Dziś, w tę drugą rocznicę mogę z czystym sumieniem powiedzieć tak, to ma sens.
Są chwile lepsze i gorsze, wiadomo, ale tak jest w każdym związku, nie tylko tym, gdzie odległość między osobami jest znaczna.
Pewnie przychodzą wam na myśl zdrady... Ale przecież i ludzie mieszkający pod jednym dachem zdradzają się. Większa pokusa? A skąd! Jeśli się kogoś kocha, to nie patrzy się na innych, starych znajomych czy nowo poznanych, czeka się na tego jednego, wyjątkowego, który gdzieś tam daleko po drugiej stronie kabelka potrafi sprawić, że uśmiech błyskawicznie pojawia się na twarzy.
Ten związek naprawdę niewiele się różni od innych. Powiedziałabym nawet, że momentami jest lepszy. Może i nie spotykamy się co tydzień, ale z drugiej strony jeśli już się widzimy to jest to w najgorszym wypadku te siedem dni, dziesięć a zdarza się nawet czternaście. Całe dnie razem, poznawanie zwykłej codzienności, życia ze sobą. Wspólnego gotowania, zmywania, sprzątania, zakupów. Buziaki przed pracą, czekanie aż miną te długie godziny i w końcu wróci, wspólne zasypianie tak, żeby się wyspał gdy musi wcześnie wstać. Dla mnie to zdecydowanie lepsze niż codzienne spotkania na godzinę czy dwie, gdzie idzie się na spacer, do kina, na pizzę, potem żegna i rozchodzi do swoich domów. Niby partnerzy się znają, ale jak przychodzi do wspólnego mieszkania to zaczynają się kłótnie o jakieś swoje stare przyzwyczajenia, które wcześniej się ignorowało, bo nie miało z nimi styczności, albo zwyczajnie druga strona o nich nie wiedziała. A my decydując się na wspólne mieszkanie wiemy o sobie już wszystko co niezbędne żeby dni mijały spokojnie, bez kłótni o drobne szczegóły, bo łatwiej nauczyć się z nimi żyć stopniowo, niż dostać wszystko na raz.
I byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie ta potworna tęsknota która ogarnia człowieka wraz z momentem rozstania. Jeszcze go widzę, stoi przede mną, przytula i mówi, że kocha, a ja już - jak on to nazywa - odkręcam kranik i łzy odbierają mi głos tak, że ledwo udaje mi się powiedzieć kierowcy za jaki bilet płacę, a do mojego Mężczyzny w ogóle mówić w stanie nie jestem, wszelkie podziękowania muszą iść w SMS-ie.
Kolejne dni się ciągną, spojrzenie na zdjęcie wywołuje łzy, a mimo to nie potrafię ustawić na tapetę nic innego. Nic nie bawi, nie poprawi humoru. Potem przychodzi ten czas neutralny, niby się tęskni, ale nie jest to już tak dotkliwe. Najgorsze wraca kilka dni przed spotkaniem... Wahania nastrojów niczym w czasie ciąży, śmiech na przemian ze łzami i nawet nie potrafię określić, czy to łzy szczęścia czy wręcz przeciwnie.
To długo nie potrwa? Mam nadzieję! Niedługo Barbórka, kolejne spotkanie. Ciągle przeglądam ogłoszenia, znajdziemy takie, gdzie warto będzie zanieść podanie i mam nadzieję, że z nowym rokiem uda się wejść w nowe życie, razem.

piątek, 14 listopada 2014

O kiełbasie wyborczej...

...która przed wyborami w tym roku kiełbasą wcale nie jest (nie żebym żałowała, bo nie lubię ;-)).
Mój region - a i cały kraj pewnie też - ogarnęło przedwyborcze szaleństwo.
Począwszy od tych najmniejszych kandydatów jakimi są ubiegający się o miano radnego wsi, przez radnych powiatu na wójcie skończywszy.
W mojej miejscowości, gdzie liczba uprawnionych do głosowania wynosi trzydzieści osób kandydatów jest aż dwóch. Żeby było zabawniej jesteśmy połączeni z sąsiednią wsią, gdzie liczba uprawnionych jest niewiele większa, a liczba kandydatów to również dwoje. Tak więc niewiele ponad sześćdziesiąt osób będzie wybierało swojego faworyta spośród czterech kandydatów. Ilu z tych sześćdziesięciu w ogóle do głosowania pójdzie to już inna sprawa.
A wybierać jest z czego, naprawdę... Nie będę tutaj przedstawiać sylwetek kandydatów, choć pokazanie ich moim okiem pewnie byłoby zabawne... Niby nikomu bloga nie podawałam, tym bardziej tutaj żadnych danych, ale nie ma co ryzykować, różnie mogłoby być gdyby ktoś to znalazł. ;-)
Listonosz straszy niemal codziennie. Widząc wjeżdżający na podwórko samochód mama już wygląda kolejnych rachunków albo upomnienia za niezapłacenie jakiegoś kwitka, który się zawieruszył w stercie papierów, a dostaje na szczęście tylko kilkanaście ulotek. Drugie tyle można dzień w dzień znaleźć wetknięte w ogrodzenie.
Obecna władza wydała książkę: połowa dotyczy historii gminy, druga część to zdjęcia aktualne i opisy wydarzeń z teraźniejszości - imprez, wystaw, wycieczek. Jest co czytać, naprawdę, zwłaszcza w części historycznej, którą uzupełnia wiele archiwalnych zdjęć ze zbiorów własnych i muzeum. To chyba największy plus tej całej kampanii i strasznie żałuję, że nakład to tylko jedna sztuka na jedną rodzinę w gminie... Byłby świetny prezent! 
Do tego biuletyn informacyjny wydawany w gminie, zawierający podsumowanie kadencji. Dla mnie nic interesującego, bo wiem, co się dzieje, tyle, że zdjęcia pooglądam. I jak to z rzeczami mniej interesującymi bywa - można dostać kilka sztuk, wieszają na każdej bramie, nawet, jeśli podwórko jest zarośnięte, budynki zawalone i widać, że nikt tam nie mieszka... Jest kawałek bramy? To wieszamy!
W zeszłą sobotę do kolekcji doszła jeszcze książeczka z pieśniami patriotycznymi, tym razem ufundowana przez kontrkandydata na wójta... Nic, tylko śpiewać. ;-)
Jeden z kandydatów dba o zdrowie wyborców, zamiast ociekającej tłuszczem kiełbasy z grilla i imprezy pełnej alkoholu rozdaje... soczki jabłkowe w kartonach. ;-)

Wszystko przebija chyba wiadro z dość zabawnym obrazkiem przedstawiającym krowę.
Do tego kubki, długopisy... I znów dziesiątki ulotek.
Nawet nie chcę liczyć ile to pieniędzy, zwłaszcza tych spalonych, potarganych czy rozmoczonych przez deszcz - w postaci ulotek.
A i tak jeśli ktoś ma na danego kandydata zagłosować, to zagłosuje i bez tego typu prezentów.
Moje pierwsze wybory... Bo na poprzednie, do sejmu, nie poszłam, mimo, że już mogłam. Tam nie ma znaczenia na kogo zagłosuję, i tak do koryta dopchają się te same świnie z najwyższymi numerami na listach.
W tych wyborach, gdzie krzyżyk przy nazwisku rzeczywiście oznacza głos na daną osobę, a nie jej partię warto zagłosować. Tutaj ten głos może coś zmienić. Cztery lata temu zmienił i to bardzo! Stare układy, wszystko minęło, rozpoczęła się praca - efektywna praca. Teraz wychodzą niestety te gorsze strony... Przekręty, pozwy, podsłuchy i nie wiadomo co jeszcze. Naprawdę nie wiadomo gdzie postawić ten krzyżyk. Ale jest jeszcze czas doczytać, dopytać, dowiedzieć się jak było z tym a jak z tamtym. Pójdę na pewno.



Mam nadzieję, że mnie nie zamkną za naruszanie ciszy przedwyborczej. :D

niedziela, 9 listopada 2014

Ja też lubię jesień!;-)

Jesień prawie już minęła, przynajmniej ta piękna i kolorowa, bo kalendarzowa trwa przecież jeszcze ponad miesiąc. Minęły również jesienne tagi pełne tak denerwujących mnie, powielanych z bloga na blog jednowyrazowych punktów, więc czas na mój jesienny post. 
Fakt, miał być wcześniej, ale zawsze coś
Szczerze mówiąc, to lubię każdą porę roku. Każda jest inna, ma jakieś swoje wyjątkowe akcenty i oryginalność, która urzeka.


Za co lubię jesień?


 
* jesienią, w listopadzie, jest taki jeden magiczny dzień, który bardzo przypomina mi o najważniejszej osobie w moim życiu i pozostanie w sercu na zawsze. Mimo chłodu za oknem robi się cieplej na serduszku na samo wspomnienie tej magicznej daty. 

* ciepłe, za duże, czarne lub szare bluzy z kapturem! Dla mnie zdecydowanie lepsze niż te wypisywane wszędzie sweterki. Choć wiadomo, każdy lubi co innego. ;-) 

* magiczne zachody słońca! Mimo tego, że latem dzień o wiele dłuższy, to niebo przeważnie bezchmurne, a wiadomo - im więcej obłoków na niebie tym ładniej koloruje je blask zachodzącego słońca. Jesienią rozpoczyna się sezon na zdjęcia zachodów słońca, znów do folderów wpadnie kilka bardzo ciepłych, gorących wręcz ujęć.

* mgliste poranki! Kierowcy na nie narzekają, ale ja mam w łapie aparat, a nie kluczyki od samochodu, więc takie mgliste pobudki bardzo mnie cieszą. Te zaszronione też, ale mam nadzieję, że prędko nie nadejdą. ;-)

* kolorowe liście - żółte na brzozach, złote na klonach, czerwone dzikiego bzu czy sumaka octowca rosnącego za oknem. Kiedyś chciałam nauczyć się robić z nich róże... Może jeszcze się uda, nawet w tym roku, o ile słońce wróci. :-)

* grzyby, grzyby wszędzie! W sosie do placków ziemniaczanych, zupie, zalewie octowej w słoikach. I te ładnie pachnące, suszące się na oknie w jesiennym słońcu, uwielbiam! I nie tylko te jadalne - bo mimo, że trujące, to muchomory wyglądają bardzo ładnie i dobrze mieć taki czerwony kapelusz w swojej galerii jpg. ;-)

* pieczone ziemniaki - niby można je zrobić o każdej porze roku, ale jakoś najbardziej kojarzą mi się one z jesiennymi wykopkami, ognisko, masa popiołu i wyjmowane z niego ziemniaki, które je się potem z odrobiną masła i soli. Pyszności!

* dynie - te różowe na dżem, kabaczki do duszenia, czy też te okrągłe, które w dzieciństwie tak lubiłam wycinać. Halloween nigdy nie obchodziłam, ale co wycięłam, to moje. A i tak krowy zjadały potem, więc nic się nie marnuje. ;-) 

* babie lato - płynące w powietrzu, oplatające ciało... magia późnego lata i wczesnej jesieni. ;-)

* kasztany, żołędzie, jarzębina - teraz spotykam je na każdym kroku i chętnie fotografuję, w czasach podstawówki często były potrzebne do szkoły, a jak na złość nigdzie w okolicy nie można było znaleźć. I nie mogę się już doczekać, kiedy za parę lat będziemy chodzić jesienią z dziećmi do parku szukać kasztanów na ludziki. :-)

* widok cmentarza nocą - samego święta Wszystkich świętych nie lubię, jest takie sztuczne, jakby ludzie chodzili na cmentarz tylko po to, żeby sobie pogadać z rodziną. Ale miliony światełek nocą - coś pięknego.

* wieczory z książką, pod kocem i z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Do szczęścia brakuje wtedy tylko mruczącego kota... Mimo, że mam ich sześć, to niestety nie wolno im wchodzić do domu. 



* jesienne marzenia: o kieliszku wina przy kominku, puszystym dywanie do zabaw z dziećmi kiedy za oknem zimno i deszcz... i wiele innych. ;-)








czwartek, 6 listopada 2014

A w urzędzie... zaskoczenie!

Znów nadszedł ten dzień, kiedy ja jako grzeczna bezrobotna stawiam się w Urzędzie Pracy. Do tej pory, przez czternaście długich miesięcy każda wizyta tam wyglądała tak samo: wejście do pokoju, zajęcie miejsca przy jednym z trzech biurek, pokazanie dowodu, dwa podpisy, data kolejnej wizyty i po wszystkim.
Ostatnio dostałam karteczkę, na której była data kolejnego stawienia się do podpisu i... godzina! Trochę mnie zatkało, bo zawsze wchodziło się kiedy chciało, byle wyrobić się w porze urzędowania w wyznaczonym dniu, a tu nagle czas ustalony z góry, w dodatku przeznaczone aż pół godziny na jedną osobę, gdzie wcześniej całe spotkanie zamykało się w dosłownie pięciu minutach.
Nijak nie była mi na rękę ta wyznaczona pora, przyjechałam busem dwie i pół godziny przed wyznaczonym spotkaniem, bo następnym bym nie zdążyła. I tak przechodziłam od sklepu do sklepu starając się zabić czas... A zakupów nie cierpię, jakby nie to, że wcześniej przygotowałam sobie małą listę potrzebnych rzeczy pewnie ani by mi się śniło odwiedzić tyle placówek handlowych i przesiedziałabym cały ten czas w parku.
I tak brakło mi rzeczy do załatwienia, więc już pół godziny wcześniej siedziałam na ławce pod drzwiami pokoju numer jeden. Obok jakaś pani rozmawiała przez telefon skarżąc się, że czeka na wejście do pokoju już dwadzieścia minut. 

No ładnie - myślę sobie i już w mojej głowie pojawia się czarna myśl, że też będę długo tam siedzieć, nie zdążę na bus i będę musiała znów czekać dwie godziny na kolejny.
Kilka minut po zakończeniu rozmowy pani wreszcie została przyjęta, wyjęłam dowód osobisty i próbowałam uzbroić się w cierpliwość, kiedy nagle drzwi do pokoju przed którym czekałam otworzyły się.
- Pani do jedynki? - usłyszałam miły głos, a że na korytarzu nie było już nikogo innego to z pewnością musiało być do mnie.
- Tak, ale dopiero na dwunastą - odpowiedziałam, bo do wyznaczonej godziny było jeszcze dobre dwadzieścia minut, więc stwierdziłam, że może czekają na kogoś z 11:30, bo się spóźnia. Urzędniczka rozwiała jednak moje wątpliwości zapraszając mnie do środka, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha i informując mnie, że pan z poprzedniej godziny wczoraj się wyrejestrował, nie zdążyli nikogo przesunąć na jego miejsce i teraz ona może mnie przyjąć wcześniej. Niebywałe! Nie dość, że nie spóźniła się, tak, jak przewidywał czarny scenariusz, to jeszcze weszłam sporo wcześniej. No i nigdy nie spotkałam w tym urzędzie tak miłej pracownicy, zawsze odpowiadały w dwóch słowach i mówiły tylko to, co koniecznie powiedzieć musiały.
Nie zdążyłam nawet pomyśleć, jakie kolejne niespodzianki przyniesie ta wizyta, kiedy standardowo podsunięto mi pod nos moją teczkę otwartą na stronie do składania podpisów. Wszystkie pozytywne odczucia gdzieś uleciały zastąpione przez jedno wielkie 'jak zwykle'. Ale nie skończyło się jak zwykle.
Nastąpiła seria pytań: o pracę, kwalifikacje, dojazd, staże, kursy, ubezpieczenia, pasje, plany... Końca nie było widać. Jednak wreszcie nadszedł, upragniony, i zostałam przydzielona do grupy. Nie wiem dokładnie czym się one różnią od siebie, ale dostałam listę programów pomocy z których mogę sobie wybrać interesujące mnie opcje i w styczniu złożyć stosowne dokumenty rekrutacyjne.
Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła był fakt, że nie będę musiała stawiać się w Urzędzie tak często, bo będzie również kontakt telefoniczno/mailowy. I to mnie chyba cieszy najbardziej, bo data kolejnego spotkania (a teraz telefonu) wypada w styczniu, w tygodniu, w którym zaplanowaliśmy sobie z K. spotkanie. I pewnie trzeba by było je przełożyć na inny termin albo skrócić, spędzić ze sobą dwa, może trzy dni zamiast tygodnia. A tak to tylko kilka telefonicznych pytań. Powinno pójść łatwo.
Podsumowując: to była chyba najlepsza z moich wizyt w PUP. Mimo, że najdłuższa jak do tej pory, to przynajmniej w końcu widać, że ci państwo tam zatrudnieni rzeczywiście coś robią, nawet jeśli jest to tylko uzupełnianie tabelek i czytanie pytań. W końcu ta jedna pani podczas dzisiejszej wizyty napisała więcej niż wszystkie te, z którymi miałam wcześniej do czynienia razem wzięte.
Dalej nie mam złudzeń, że jedyną rzeczą, jaką daje mi ten urząd jest ubezpieczenie zdrowotne, a o znalezieniu pracy za jego pośrednictwem nie ma w ogóle nie marzyć. 

Mimo wszystko od razu lepiej się czuję, kiedy widać, że ktoś poświęca człowiekowi więcej niż pięć minut i mówi więcej niż trzy zdania.
Mam jednak nadzieję, że ten grudniowy wyjazd do K. okaże się jednym z najlepszych jak do tej pory i złożone przeze mnie dokumenty okażą się wystarczająco dobre żeby do urzędu pracy wrócić tylko po to, żeby się wyrejestrować przed rozpoczęciem pracy.

piątek, 31 października 2014

Naprawdę tak różne?

Cóż, to jeden z tych okresów, kiedy na większości blogów królują te same tematy i u mnie wyjątkowo nie będzie inaczej. Teoretycznie powinny to być dwa osobne posty, bo dni są tak różne...ale zbyt mały dostęp czasu powoduje, że będzie jeden.

Halloween.
To święto od kilku (kilkunastu?) lat próbuje się wedrzeć do polskiej tradycji. Każdy z nas trafił przynajmniej raz na mroczne stylizacje, wycięte dynie, zabawne, niekiedy straszne dekoracje, drinki czy soki udające krew, potrawy rodem z horrorów... Na wsi, przynajmniej w mojej okolicy, przeważnie na tym się kończy, w miastach dochodzi jeszcze latanie po domach ze słynnym 'cukierek albo psikus' i strasznymi minami na ustach.
Ale przecież są inne polskie tradycje, choćby kolędowanie, gdzie również się przebiera, chodzi po domach. Ta tradycja zanika, podczas gdy z zachodu przychodzą inne. Dla dzieci na pewno jest to fajna sprawa, te wszystkie wymyślne potrawy, wykonywane własnoręcznie nietoperze, pająki, zbieranie cukierków... Wiele frajdy jest w robieniu tego wszystkiego własnoręcznie i pewnie kiedy w przyszłości pojawią się moje maluchy i zaczną dorastać też trzeba będzie się zabrać za przygotowywanie z nimi wymyślnych dekoracji i krwawych babeczek czy kanapek, jednak już dziś obiecuję sobie, że nie dam się porwać tej nowej modzie i za nic nie kupię gotowych rzeczy. Dla mnie to jedna wielka komercja, kolejne święto stworzone tylko po to, żeby sklepy czy dyskoteki miały na czym zarobić.

Wszystkich...rozgadanych?
Mogłoby się wydawać, że pierwszy listopada, po tych wszystkich przerażająco-dyniowych głośnych szaleństwach, będzie dniem wyciszenia, refleksji... Nic bardziej mylnego! Wchodzisz na cmentarz i pierwsze, co Cię uderza to...nie, nie zapach palących się zniczy, nie słodkawa woń chryzantem we wszystkich kolorach, nawet nie organista przygotowujący nagłośnienie na prowizorycznym ołtarzu ustawionym przed zbiorowym grobem poległych w czasie wojny, którego krzyż góruje nad cmentarzem. Pierwsze, na co zwraca się uwagę przekraczając bramę to rozmowy, nie szept, głośne rozmowy. I ciekawskie spojrzenia z każdej strony.
Po podejściu do rodzinnego grobowca od razu wita cała rodzina, która zebrała się w jednym miejscu w myśl zasady im bliżej będę kiedyś leżał tym mniej osób zapomni o postawieniu świeczki, tak więc tłoczymy się wszyscy w małych odstępach między grobami. Zapalanie zniczy to istny cyrk - postawisz, zaraz przyjdzie ktoś, kto przestawi w inne miejsce, bo tam pasuje bardziej, albo żeby jego był najlepiej widoczny. Pytania o kwiaty, gdzie kupione, za ile, a może wyrosły w ogródku? I czemu taki kolor, a nie inny? Po co takie duże, albo wręcz przeciwnie - za małe i marnie to wygląda. Wystarczy rozejrzeć się dookoła żeby zauważyć, że w innych grupkach trwają równie ożywione rozmowy na podobne tematy. I nikt nic sobie nie robi z tego, że msza trwa od dobrych kilku minut. Tak jest prawie do komunii, wtedy następuje chwila ciszy, bo przecież koniecznie trzeba zobaczyć kto idzie, a kto nie. I jest okazja żeby zobaczyć jaki płaszcz ma pani X, która stała po drugiej stronie cmentarza i w innym momencie nie ma najmniejszej szansy żeby ją zobaczyć, albo czy pani Y kupiła sobie nowe buty, czy znów przyszła w tych, co rok temu. Ksiądz kończy i wszystko wraca do normy, czyli rozmów o tym, co u kogo jest na obiad i kto gdzie ma jechać w odwiedziny jeśli przyjechał z daleka.
żadnej zadumy, wspomnień. Rozmyślań o tym, kogo już nie ma, za kim się tęskni. Tylko, że tak powiem, boje. Gorzej niż na targu. I tylko wyczekuje się momentu, w którym będzie można w końcu wsiąść do samochodu i wrócić do domu, gdzie nie będą czekali żadni rozgadani goście.
Magia jest dopiero wieczorem, kiedy jedzie się koło dwudziestej. Wtedy prawie nikogo już nie ma, wśród miliona światełek widać kilka kręcących się tu i tam osób. Wtedy jest pięknie, aż nie chce się wracać do domu.


Niby dwa różne święta, jedno z zachodu, w którym chodzi głównie o zabawę, szalone przebrania i mroczne historie, drugie nasze, z tradycją od bardzo wielu lat, gdzie chodzimy na cmentarz wspominać swoich bliskich. Tak różne, a w praktyce sprowadzają się do jednego: rozmów, obgadywania strojów, jedzenia i picia. 





poniedziałek, 27 października 2014

Książkowy challenge. :)

Miałam podjąć to wyzwanie daaaawno, bo natknęłam się na post z tej serii u Silavy (z jej bloga pochodzą również tłumaczenia kolejnych punktów) już jakiś czas temu, jednak zawsze było coś ważniejszego, coś bardziej na czasie i aż korciło, żeby o tym napisać, a dodawania notek dzień po dniu, czy co dwa-trzy dni wolałabym uniknąć. I tak mało czasu poświęcam na czytanie Was (zimą to na pewno zmieni się!) więc nie mogę wymagać, żebyście siedzieli u mnie częściej. Automat z dodawaniem postów ustawić łatwo, dużo trudniej potem ogarnąć komentarze i tego typu sprawy.
Jestem molem książkowym, bez dwóch zdań. Gdybym mogła, to pół wypłaty przeznaczyłabym na książki... Ale, że nie zarabiam, to i problem z upychaniem ich gdzieś potem sam się rozwiązuje, bo kupuję sporadycznie - najczęściej polując na okazję. Oczywiście zapowiedziałam już K., że pierwszą rzeczą jaką kupimy do naszego wspólnego mieszkania będzie... nie, nie łóżko, a gdzie tam! Porządny regał na książki!:D Na szczęście on też czytać lubi, więc przynajmniej nie wystawi mnie kiedyś za drzwi wraz z kartonami wypakowanymi moimi ulubionymi dziełami.
Ale do rzeczy! usprawniłam trochę wyzwanie, żeby nie dodawać po jednym pytaniu do posta a potem nadrabiać, szukać pozostałych żeby doczytać. W całości będzie to zdecydowanie lepiej wyglądało. Postaram się w miarę streścić, bo pewnie ludzie, których tego typu książki nie interesują zasną szybciej niż przy kubusiowych mruczankach w dzieciństwie. ;-)


1. Najlepsza książka, którą czytałaś w zeszłym roku.
Ciężko wybrać jedną. Ostatni rok był chyba najbardziej zaczytany jak do tej pory, poza tym przed wybraniem książki czytam jej recenzje żeby sprawdzić, czy warto się za nią zabrać, więc naprawdę ciężko postawić na jeden, czy choćby kilka tytułów, wszystkie były dobre.

2. Książka, którą czytałaś więcej niż trzy razy.
Niewiele jest takich książek. Niby chciałabym wrócić do niektórych, jednak ciągle jest tak wiele nowych pozycji do przeczytania, że zwyczajnie nie byłoby możliwości żeby się ze wszystkim wyrobić. Jest książka, którą pamiętam jeszcze z podstawówki - Bracia Lwie Serce. Czytałam ją kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. I za każdym razem wzruszałam się tak samo. Z pewnością moje dzieci też kiedyś poznają tę książkę.

3. Twoja ulubiona seria.
Nie sposób wymienić jednej. Z pewnością Wiedźmin, od którego zaczęła się moja przygoda z fantastyką. Czarne Kamienie Bishop, Sagi Sandemo, przygody Harrego Hole autorstwa Jo Nesbo, Pieśń Lodu i Ognia Martina, Millenium Larssona... To te najważniejsze.

4. Twoja ulubiona książka z twojej ulubionej serii.
O nieee, tego na pewno nie da się wybrać!

5. książka, która cię uszczęśliwiła.
Neil Daniels - Iron Maiden. Kompletna, nieautoryzowana historia bestii. Zdecydowanie! Nie dość, że o moim ulubionym zespole, to jeszcze ciekawie napisana i pełna zdjęć. Jeden z najlepszych prezentów jaki dostałam!

6. Książka, która sprawiła, że byłaś smutna.
Morze miłości z Sagi o Czarnoksiężniku Margit Sandemo. Skończyłam i uświadomiłam sobie, że moja przygoda z Ludźmi Lodu i rodziną czarnoksiężnika Moriego trwająca przez osiemdziesiąt dwa tomy i kilka miesięcy właśnie dobiegła końca. I nie będzie już nic więcej.

7. Książka, która cię rozśmieszyła.
Cała seria Czarne Kamienie napisana przez A. Bishop jest bardzo zabawna, zwłaszcza Lucivar Yaslana i Daemon Sadi. A zwłaszcza ich wspólne dialogi dosłownie zwalały mnie z nóg. Mistrzem dialogów jest także Sapkowski, czytając Wiedźmina nie raz uśmiech gościł na mojej twarzy.

8. Najbardziej przereklamowana książka.
Zmierzch? Pięćdziesiąt twarzy Greya? Te dwie jako pierwsze przychodzą mi na myśl. Przez Zmierzch mimo szczerych chęci nie dałam rady przebrnąć, Greya przeczytałam, niby lekka historyjka, szybko się czyta, ale język jest okropny, a bohaterka w ogóle bez charakteru.

9. Książka, która wydawała się fajna, lecz taka nie była.
Saga Endera: Mówca umarłych. Po pierwszej, rewelacyjnej części miałam wielką nadzieję na kolejne, jednak druga nawet w małej części nie dorównuje pierwszej.

10. Książka, która przypomina ci o domu.
Seria przygody Tomka Wilmowskiego autorstwa Alfreda Szklarskiego. Czytałam ją wiele lat temu, jakoś najbardziej kojarzy mi się z łóżkiem, ciepłym kocem i mlekiem prosto od krowy w ulubionym kubku. ;-)

11. Książka, której nienawidzisz.
Są w ogóle takie? Jest kilka, których nie lubię, ale jeśli nie lubię, to zwyczajnie nie czytam.

12. Książka, którą kocham i nienawidzę jednocześnie.
Alkaria. Znalazłam przypadkiem na jakiejś stronie z e-bookami, nie było tam nawet jej autora. Strasznie mi się spodobała z powodu historii jaką opowiada, ale masakrycznie skonstruowane opisy przyrody zniechęcają mnie do przeczytania jej kolejny raz. W końcu przebrnąć przez kilkustronicowe opisy łąk czy lasów, bez których książka z pewnością nie miałaby prawie ośmiuset stron to nie lada wyzwanie... Nawet Orzeszkowa wysiada!

13. Twój ulubiony pisarz.
Znów ciężko wymienić jednego. Na pewno Andrzej Sapkowski. Maxime Chattam, Jo Nesbo, Stephen King, George Martin, Stieg Larsson, Anne Bishop. Chyba wystarczy. ;-)

14. Ekranizacja książki, która została źle nakręcona/wyreżyserowana.
Wiedźmin, bez dwóch zdań! Żebrowski był ok, ale strasznie poobcinali wszystko. Wątku jednej z najważniejszych postaci, Ciri, praktycznie nie ma. A smok... Dobra, ja wiem, że to nie Hollywood czy jakaś inna potężna wytwórnia zatrudniająca najlepszych fachowców od grafiki i efektów specjalnych, jednak ten filmowy smok z Wiedźmina ani trochę nie zasługuje na swoje imię - Villentretenmerth.

15. Ulubiony męski charakter.

Geralt z Rivii, Harry Hole, Lucivar Yaslana, Daemon Sadi, Tengel Dobry, Heike z Ludzi Lodu, Mikael Blomkvist... Fajnych mężczyzn w książkach jest zdecydowanie więcej niż kobiet.

16. Twój ulubiony damski charakter.
Surreal SaDiablo z serii Czarne Kamienie. Kobieta z charakterem jakich mało spotkałam do tej pory. Była prostytutka, która staje się płatną zabójczynią, jedna z najsilniejszych które żyją, z szarym kamieniem. Niejednemu facetowi dała popalić. ;-) 

Tak samo Lisbeth Salander, fenomenalna hakerka, a to co zrobiła z kuratorem... Mega.
I Sol z Ludzi Lodu. Wiele było ognistych kobiet w książkach Margit Sandemo, ale sprytnej czarownicy Sol nie dorówna żadna!

17. Twój ulubiony cytat z ulubionej książki.
Nie pomyl nieba z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu z Wiedźmina. 

I Va'esse deireadh aep eigean(coś się kończy, coś się zaczyna) również z serii o Geralcie z Rivii. :)

18. Książka, która cię rozczarowała.
Lśnienie Kinga. Znajomi ostrzegali - nie czytaj wieczorem ani w nocy, wiem, że lubisz, ale to nie jest dobra książka na taką porę, będziesz się bać. No cóż... Nie wiem, gdzie mam szukać tego strachu, bo jakoś gdzieś uciekł i nie chciał się pokazać. Nastawiałam się na świetny horror, a dostałam historię małego chłopca z kilkoma dziwnymi, mało strasznymi zjawiskami.

19. Ulubiona książka, która została nakręcona.
Wiele jest książek, które czytałam i zostały zekranizowane... Najlepsza to chyba seria o Harrym Potterze. I trylogia Millenium.

20. Twój ulubiony romans.
W ogóle nie czytam takich książek. Mój anioł zemsty przychodzi mi na myśl, ale to tylko krótkie opowiadanie.

21. Pierwsza powieść, którą zapamiętałaś czytając.
Sama nie wiem, czytam odkąd pamiętam, bajki, baśnie, legendy... Od zerówki na pewno, może jeszcze wcześniej... Więc ciężko sobie przypomnieć tak odległe rzeczy. Pamiętam oczywiście kilka tytułów, historii, jednak która była pierwsza powiedzieć nie potrafię.

22.książka, która sprawiła, że płakałaś.
Wspominałam już o niej kiedyś: Ketchum Jack - Dziewczyna z sąsiedztwa. Historia dwóch dziewczyn, które trafiły pod opiekę swojej krewnej, matki, która miała wyłącznie synów. Po różnych strasznych historiach z maltretowaniem starszej z nich, psychicznie chora opiekunka wypala jej rozgrzanym przedmiotem 'jedyne miejsce na ciele w którym kobieta tak naprawdę pragnie mężczyzny' na skutek czego dziewczyna umiera. Przeczytałabym jeszcze raz, ale nie jestem w stanie i pewnie nigdy nie będę. Zwłaszcza od momentu w którym dowiedziałam się, że to historia oparta na faktach.

23.Książka, którą chcesz od dłuższego czasu, ale jeszcze jej nie ma.
Kolejna część Pieśni Lodu i Ognia. Czekam, czekam, czekam... I chyba się nie doczekam. :<

24.Książka, którą powinno przeczytać jak najwięcej osób.
Banalne, ale na pewno będzie to Mały Książę. Fakt, książka jest trudna, ale naprawdę piękna. I Carrie Kinga. Niby trochę nierzeczywiste, ale można się dowiedzieć czym grozi wyśmiewanie się ze słabszych.

25.Bohater, z którym masz najwięcej wspólnego.
Szczerze mówiąc nie identyfikuję się w ten sposób z bohaterami. Raczej wybieram spośród nich jakieś wzorce przyjaciół, partnerów... Co nie oznacza, że w realnym życiu dążę do ich poszukiwania. To tylko wyimaginowane ideały.

26.Książka, która zmieniła twoją opnię o czymś.

Prawdopodobnie to najtrudniejsze pytanie z całego wyzwania. Czytam głównie fantastykę, a tam wiadomo... walka dobra ze złem, wędrówki, smoki, elfy, ogólnie magia... Są różne rzeczy, które zwracają moją uwagę...ale żeby były to jakieś poważne zmiany, to raczej nie.

27.Najbardziej zaskakujące zakończenie.

Nie wiem, czy będzie ono najbardziej zaskakujące, ale jako pierwsze przyszło mi na myśl. A jest to zakończenie książki Las cieni (autor Thiliez Franck). Książka mnie trochę nudziła, fakt, ale takiego końca nie spodziewałabym się za nic na świecie. Nie będę pisać czego dotyczył, bo może ktoś by chętnie sobie przeczytał, a znając koniec nie jest to już tak przyjemne. Polecam!;)

28.Twój ulubiony tytuł książki.
Nie oceniam książek po tytułach, tak samo, jak okładkach.

29.Książka, której wszyscy nienawidzą, ale ty ją lubisz.
Nic nie przychodzi mi do głowy i wątpię, że udałoby się znaleźć taką książkę nawet po dłuższych poszukiwaniach.

30. Twoja ulubiona książka.
To się często zmienia. Zbyt dużo czytam żeby podać jedną czy nawet kilka książek.





Jakby ktoś też chciał odpowiedzieć na te punkty, to chętnie poczytam Wasze odpowiedzi, dajcie znać w komentarzu. :-)

piątek, 24 października 2014

Szaro-bure pożegnania.

Nie cierpię żegnać się z osobami, na których mi zależy, a szczególnie z tą jedną, najbardziej wyjątkową osobą. Zwłaszcza, jeśli za oknem brzydka jesień w pełni, uszy odmarzają, a niebo przysłaniają ciemne, deszczowe chmury.
Niestety dziś jest jeden z tych okropnych dni pożegnań. Wspólne prawie dwa tygodnie kolejny raz pokazały mi, że naprawdę warto liczyć dni, bo te razem spędzone w całości wynagradzają chwile spędzone na czekaniu.
Pierwszy tydzień piękny pod każdym względem, mimo ogromnego strachu i ciągłego myślenia jak to wszystko będzie wyglądało. Potem chwila załamania, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i udało się spędzić razem prawie pięć dni więcej. Nie wytrzymała jedynie pogoda i od środy skutecznie uziemiła nas w domu, ale przecież wspólna zabawa z kiciem czy oglądanie bajek i filmów też jest super!
Co teraz? Pięć tygodni. Do Barbórki i kolejnego spotkania, jednego z najważniejszych, bo może zaważyć na naszym dalszym życiu. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli, uda się dostać pracę w jego mieście i w końcu być blisko, przestać odliczać te dni i tygodnie. No i wreszcie mieć jakieś zajęcie, cel, dla którego chce się rano wcześnie wstać.
Tyle marzeń, planów... Warto w nie wierzyć. Każda kolejna wspólna chwila utwierdza mnie w przekonaniu, że marzenia się spełniają. Po prostu nad niektórymi trzeba trochę więcej popracować, lub być bardziej cierpliwym.

Chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie miłe słowa pod poprzednim wpisem! Wiele dla mnie znaczą, mimo, że mogłoby się wydawać, że to tylko wirtualnie klikane literki.
Chcę też uspokoić niektórych - nie, to nie jest tak, że widujemy się tylko raz do roku. Te spotkania są zdecydowanie częstsze, po prostu zawsze to ja jeździłam do niego (lepszy dojazd i mniej problemów z urlopem=więcej wspólnych dni) a on był u mnie tylko raz, właśnie rok temu, dlatego tak bardzo czekałam na to jedno, szczególne spotkanie.

PS. Moje komentarze u niektórych mogą się pojawić dopiero za kilka dni, bo chciałabym nadrobić wszystkie zaległości we wpisach, zwłaszcza u osób, które odwiedzam od dłuższego czasu.
Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 12 października 2014

Doczekałam się!

Warto czekać? Pewnie, że warto! 
Już jutro o tej porze będę czekać na przystanku na PKS, którym przyjedzie. Niesamowita chwila, ten pierwszy moment kolejnego spotkania!
Zeszłoroczny urlop K. zleciał zbyt szybko. Niestety zawsze tak jest, że wspólne dni mijają z prędkością światła, a czekanie na kolejne spotkanie ciągnie się w nieskończoność. 
Ledwo otworzymy oczy, to już trzeba kolację szykować... Nie, nie przesypiamy całych dni, po prostu takie głupie mam wrażenie, że te kilkanaście godzin mija jak chwila. Od tamtego urlopu minął ponad rok, czternaście miesięcy dokładnie. Dla mnie to czternaście miesięcy planowania, wybierania miejsc, w które warto iść, układanie w myślach tras spacerów...
Jednak to zupełnie inne uczucie, kiedy jadę do niego, niż kiedy on przyjeżdża. Fakt, lubię te wyjazdy, jego miasto, które kiedyś pewnie będzie również moim miastem, uliczki po których chodzimy, nawet kiedy ma ochotę iść już do domu, a ja wymyślam sobie powrót piechotą i przez to czeka nas kolejne pół godziny chodzenia. Miejsca, w które mnie zabiera, no i przede wszystkim jego rodzinę, która sprawia, że wyjazdy są zawsze bardzo miłe. A kiedy w końcu będzie tutaj... 
Wreszcie można pokazać miejsca, które lubię, a których nie udało się nam zobaczyć w zeszłym roku przez wielkie upały w ciągu dnia i plagę komarów wieczorami, gdy wreszcie robiło się chłodniej. Spacery po lesie, na bobrowisko... W miejsce, gdzie byłam kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon i tak urzekł mnie jego głos... Kolorowe liście na drzewach, które w lesie wyglądają fenomenalnie, grzyby, wspólne gotowanie... 
Razem nawet te najprostsze czynności nabierają innego, lepszego znaczenia.
Te chwile są najpiękniejsze. Magia wspomnień, setki zdjęć, które kiedyś wywołamy i umieścimy w naszym wspólnym albumie, a być może niektóre z nich będą zdobiły pokój w ładnych ramkach. Spotkania, o których kiedyś będzie można opowiadać dzieciom...

Dobra, głupoty gadam, nigdy nie byłam dobra w pisaniu takich sentymentalnych notek, ale chcę tutaj zostawiać choć małe ślady swoich uczuć, spraw, które są dla mnie naprawdę ważne, a nie tylko jakieś suche notki o rzeczach, które dotyczą mnie w bardzo małym stopniu. 

Poza tym pewnie pożegnam się w Wami na tydzień lub dwa. Mamy zbyt mało czasu żeby się sobą nacieszyć, bo od końca urlopu do Barbórki zostanie półtora miesiąca, które trzeba będzie znów przeżyć samotnie, więc teraz szkoda mi nawet kilku chwil na Internet. Wybaczcie, jeśli nie będzie mnie tu zbyt wiele.

środa, 8 października 2014

Dziewczyna Górnika.

O pracy górnika wiecie pewnie tyle, co ja dwa lata temu - że zjeżdża pod ziemię, wydobywa węgiel i nie wiadomo, czy wyjedzie.
W regionach, gdzie są jeszcze czynne kopalnie pewnie więcej się mówi na ten temat, ale, że ja ze świętokrzyskiego, to poza zerówką i klasami 1-3 nikt jakoś szczególnie na ten temat nie wspominał, a i wtedy tylko w grudniu, na Barbórkę, kiedy wycinaliśmy z papieru górnicze czapki.
Tak było do chwili, w której poznałam mojego Górnika. Zaczęły się opowiadania o pracy pod ziemią, o maszynach używanych na kopalni, wydobyciu węgla. I niestety również o wypadkach.
Nawet nie pytajcie mnie ile czasu zajęło mi przyswojenie tych wszystkich dziwnych nazw, takich jak alpiny, rolki, pantografy... Oprócz opowiadań i pokazywania mi zdjęć w albumach starałam się na własną rękę pogłębić tę wiedzę (teraz K. przeczyta i się wyda o.O). A prawdziwą bombą była wycieczka...pod ziemię! Do zabytkowej kopalni węgla Guido w Zabrzu. Ale nie o wycieczkach dziś, na pewno powstanie z niej osobna notka.
Dziś trochę o strachu, trochę o nadziei. O przyzwyczajeniu, dumie. A przede wszystkim o miłości.
Pamiętam nasze początki - K. nie pracował jeszcze ciągle pod ziemią, musiał zjeżdżać na dół po próbki tylko jeden dzień w tygodniu. Bardzo dobrze pamiętam jak w każdy czwartek na matematyce siedziałam niecierpliwie z telefonem w dłoni czekając na SMS-a dzięki któremu dowiem się, że wszystko w porządku, że praca znów się udała i bezpiecznie wyjechał na powierzchnię.
A potem było tylko coraz gorzej... Teoretycznie lepiej, przynajmniej dla niego. Praca coraz częściej pod ziemią, do tego w prawie każdy weekend. Więcej doświadczenia, kolejne nowe umiejętności. A dla mnie gigantyczna dawka strachu. Skończyły się wiadomości przed południem, musiałam czekać do 14, do wyjazdu. Pierwsze miesiące były najgorsze, już przed 13:00 stukałam w klawisze żeby napisać krótkiego SMS-a, co słychać, czy jak w pracy. Nieważne o czym, byle dostać ten jeden SMS, wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Siedziałam tak z napisaną wiadomością ponad godzinę, żeby miał czas umyć się, przebrać, wyjść na autobus. nie zawsze byłam w stanie wytrzymać, myśli były różne.
Teraz, po prawie dwóch latach jest już trochę lepiej. Nie siedzę nerwowo z ręką na telefonie, nie włączam dźwięku na najgłośniejszy sygnał kiedy mam coś zrobić albo telefon leży w większej odległości i mogła bym go nie usłyszeć. Piszę dopiero jak skończę to, co mam zrobić, albo jak wiem, że K. miał już tyle czasu żeby wrócić do domu, zjeść w spokoju, chwilę odpocząć. Chyba się przyzwyczaiłam. Ale tylko trochę.
W pełni nie przyzwyczaję się pewnie nigdy. Nigdy nie polubię nocek, które spędza pod ziemią a nie w swoim łóżku, potem wraca nad ranem, chodzi sam po mieście. Tak, jak zawsze będę nerwowo patrzeć na zegarek kiedy pora powrotu do domu minie. Zawsze będę czuć się potwornie kiedy padnie mu bateria w komórce i automatyczny głos będzie mi w kółko powtarzał, że abonent jest czasowo niedostępny.
Boję się, strasznie. Nie czytam wiadomości o wypadkach, nie oglądam materiałów w telewizji. Kiedy w radiu usłyszę jakiś fragment czekam tylko żeby podali nazwę kopalni, chcę się upewnić, że to nie ta, w której pracuje mój K. i wyłączam. Tak łatwiej.
Ale mimo wszystko jestem strasznie dumna z tego mojego Górnika. Z odpowiedzialności, nie tylko za swoje życie, ale i za życie innych pod ziemią. Z pracy, z którą od bardzo wielu lat wiąże się tradycja. Z munduru, w którym go uwielbiam i nie wyobrażam sobie, żeby mógł go nie założyć kiedyś na naszym ślubie. Podziwiam też kult świętej Barbary, bo drugiej tak ważnej patronki w innych zawodach ze świecą szukać. To wszystko jest wyjątkowe. Mimo strachu.
Tak jak dziś, kiedy wszędzie pokazują materiały o poniedziałkowym wypadku w kopalni, o zasypanym górniku. Oczywiście nie mam nic przeciwko wyświetlaniu ich, zwłaszcza, że okoliczności nie są do końca jasne i wszystko powinno być dokładnie sprawdzone. Ale z każdym kolejnym zdaniem reportażu odżywa strach. Tez z samego początku, kiedy zjazd na dół raz w tygodniu na kilka godzin sprawiał, że miałam ochotę urywać się ze szkoły i czekać na wiadomość. Albo ten, kiedy kilka miesięcy później było to już sześć albo nawet siedem zjazdów w tygodniu, na sześć czy osiem godzin.
Wiem, że jest wiele równie niebezpiecznych zawodów. Wiem, że wypadek może się zdarzyć nawet na ulicy, idąc chodnikiem albo przechodząc na pasach. Mimo wszystko na dole niebezpieczeństwo jest większe. I strach też.
Zwłaszcza, że sporo kilometrów nas dzieli. I gdyby coś...mogłabym nie zdążyć. Ale nie chcę o tym nawet myśleć. To nie może mieć nigdy miejsca!